poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Testament - Dark Roots Of The Earth (2012)



Nie jestem koneserem ani fanem samochodów, ale na dobry początek tej recenzji najlepiej będzie pasowało motoryzacyjne. Ostatni tydzień spędzałem w Kołobrzegu i jak to w takich nadmorskich kurortach bywa, rozmaitych wozów na najdziwniejszych numerach tam, co nie miara. Jest, na czym oko zawiesić. Oczywiście przodują nowiutkie, lśniące Mercedesy  i BMW na stołecznych lub zagranicznych tablicach, ale moją uwagę przykuł inny model. Gdzieś w okolicach portu można było spotkać niesamowitego, dosyć już wiekowego Forda Mustanga, który jak żadne inne auto przyciągał wzrok. Po zetknięciu z „Dark Roots Of The Earth” można powiedzieć, że Testament to właśnie taki Mustang. Młodość już, co prawda nie pierwsza i znajdą się konkurenci z mocniejszym przyłożeniem, ale już z daleka czuć klasę i niesamowity klimat. Tak, więc zapinamy pasy i gaz do podłogi.

Nowa płyta kalifornijskiej formacji trafiła na półki z lekkim opóźnieniem. Warto było jednak czekać te kilka dodatkowych miesięcy. Od pierwszych dźwięków, jakie pojawiają się na „Dark Roots Of The Earth” słychać, że mamy do czynienia ze znakomitą produkcją. Moją uwagę na samym początku przykuło doskonałe brzmienie. Nie jest ono tak suche jak w niektórych thrashowych produkcjach, ale potężne, mocne i głębokie. Dobrze podkreśla to charakter muzyki, jaką serwuje Testament.

 "Native Blood" doczekał się nawet oficjalnego teledysku

 Otwierający album „Rise Up” to ostry numer z utrzymującą szaleńcze tempo perkusją i rozszalałymi gitarami. W „Native Blood”, poruszającym często wykorzystywane przez Billy’ego wątki indiańskie, w refrenie słychać trochę melodyjnego śpiewania, ale za to perkusja nadal gra zabójcze blasty podwójną stopą. Warto zwrócić uwagę na postać bębniarza, bowiem do składu grupy po latach banicji wrócił Gene Holgan. Ewidentnie wyszło to zespołowi na dobre i słychać, że nowy stary-perkusista gra o wiele bardziej energicznie niż poprzednik. Słychać to wyraźnie w kolejnym na liście utworze tytułowym. Nie jest on tak chwytliwy jak dwa poprzednie, ale za to ma cięższy, mroczniejszy klimat. W opozycji do tego stoi „True American Hate”. To jeden z moich faworytów na płycie. Kawałek ma w sobie masę czystej, wręcz niekontrolowanej agresji, którą najlepiej wyraża wściekły growl. Jednocześnie jednak znalazło się w nim miejsce długie popisy solowe gitarzystów. Na „Dark Roots Of The Earth” swoje wirtuozerskie umiejętności prezentują zresztą obaj muzycy. Do znanego z zamiłowania do solowej gry Skolnicka dołączył Peterson. Ten drugi, który odpowiada za powstanie większości materiału, jak sam przyznaje, podczas nagrywania tego krążka poczuł wyjątkową potrzebę grania solówek. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo dzięki temu partie prowadzące są bardziej urozmaicone. Na nudę podczas słuchania w żadnym przypadku nie można zresztą narzekać. Płyta obfituje także w znakomite riffy, a kolejne kawałki przynoszą kolejne świetne zagrywki. Słychać, że podczas tworzenia materiału muzycy nie narzekali na brak weny. Wręcz przeciwnie. Utwory są rozbudowane i wielowątkowe, a czasami wręcz zaskakujące. Tak jak „Cold Embrance”, czyli najprawdziwsza ballada. 

 Prawdopodobnie najbardziej agresywny kawałek na płycie - w końcu tytuł zobowiązuje

 Czegoś takiego nie pamiętam od czasu „Return To Serenity”. Utwór z „The Ritual” jest bardziej nastrojowy i ma genialne solo, ale nowy kawałek także ma w sobie odpowiedni urok i pasuje do nowego wydawnictwa. „Cold Embarance” to jednak tylko krótki powiew powietrza i już kolejny „Man Kills Mankind” wraca z odpowiednią mocą. To zresztą kolejne idealne połączenie ciężaru i melodyjności, które oprawione jest doskonałą solówką. W ten sposób zbliżamy się powoli do końca bo na rozkładzie zostaje już tylko „Throne Of Thrones” i „Last Stand For Independance”. Oba trzymają poziom całego albumu, a ponadto pierwszy z nich ponownie pozwala poznać muzyczny geniusz duetu Skolnick-Peterson.


 Cover nie jest zbyt zaskakujący, ale trzyma poziom

To by było na tyle gdyby nie bonusowe kawałki. Osoby, które zdecydują się na rozszerzone wydanie „Dark Roots Of The Earth” będą mogły usłyszeć jeszcze zestaw coverów oraz rozszerzoną wersję „Throne Of The Thrones”. Interesująco wypada sam dobór kawałków, które Testament wziął na warsztat – sama klasyka – Iron Maiden, Scorpions i Queen. „Powerslave” od Żelaznej Dziewicy nie różni się znacząco od oryginału, natomiast koniecznie trzeba posłuchać jak wypada „Dragon Attack”. Testament podszedł do tego numeru bez respektu i efekty są bardzo ciekawe, choć może niekoniecznie spodobają się wszystkim fanom Freddiego.

 Nie chcę się powtarzać i po raz kolejny pisać, że o to mamy do czynienia z mocnym kandydatem do tytułu płyty roku, więc powiem tylko tyle, że tak dobrego thrashowego krążka nie słyszałem już od dawna. Ok, w czerwcu był Kreator i to podobna liga, ale czy „Phantom Antichrist” jest lepszy od „Dark Roots Of Earth”. Ciężko ocenić. Może jakoś pod koniec roku, kiedy emocje związane z obiema premierami już trochę opadną. Chociaż z drugiej strony w listopadzie Testament ponownie da o sobie znać polskim fanom i wystąpi na żywo w naszym kraju. Nie wiem jak Wy, ale ja już zastanawiam się jak dotrzeć w listopadzie do Krakowa.

6 komentarzy:

  1. O, wyprzedziłeś mnie. Ja krążek dostałem dopiero wczoraj i na razie się osłuchuję. Powiem szczerze, że nie urwał mi dupy jakoś specjalnie. Kawał fajnego, porządnego grania ale nie jest to Electric Age Overkilla (o którym tu zapomniałeś wspomnieć obok Kreatora;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A mnie właśnie wzięło od pierwszego przesłuchania płyty i jak na tą chwilę to "Dark Roots Of The Earth" stawiam wyżej niż "Electric Age". Testament ma lepszy, cięższy klimat i jest o wiele bardziej złożone, pogmatwana co mi się bardzo podoba. Co do porównań z Kreatorem, to tak jak pisałem, ciężko mi teraz jednoznacznie ocenić. Obie płyty są świetne chociaż do Kreatora musiałem się trochę dłużej przekonywać. Może to jednak wina warunków pierwszego odsłuchiwania - "Phantom Antichrist" słuchałem zmęczony w autobusie na gorszych słuchawkach, a "DROTE" wygodnie w domu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeszcze nie słyszałem tego albumu, spotkałem się jednak z dużą liczbą nieprzychylnych opinii. Dotyczyły one twierdzenia, że ma tu miejsce zjadanie własnego ogona, brak pomysłów i zbyt dużo niepasującej melodii. Niepokoi mnie również fakt porównania do "Phantom Antichrist", który to album uważam za asłuchalny. ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Musisz w takim razie sam posłuchać i ocenić, chociażby te kilka kawałków, które umieściłem we wpisie. Ja po napisaniu swojej recenzji sprawdziłem w kilku źródłach (wcześniej staram się nic nie czytać żeby się nie sugerować)i same pozytywne oceny spotkałem. Ja będę uparcie bronił, że płyta jest świetna i nie ma mowy o zjadaniu własnego ogona, wprost przeciwnie, DROTE przewyższa wszystkie ostatnie dokonania zespołu. A co do porównań z Kreatorem to raczej nie chodzi o styl tylko równie dobrą jakość. Muzycznie nie masz co się bać, że jeśli Kreator Ci nie podchodzi to podobnie będzie z Testamentem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Testament zaczął zjadać własny ogon podobnie jak Kreator na nowej płycie, niby wszystko ok ale brakuje ducha i pasji grania po fenomenalnym Formation of damnation spodziewałem się ze zespół przynajmniej utrzyma poziom niestety dark roots jest po prostu słaby, da się tego słuchać ale zachwytu nie ma brak polotu w graniu i tyle

    OdpowiedzUsuń
  6. Myślę, że Metallica chciałaby bardzo nagrac tak dobry, soczysty i momentami naprawdę melodyjny album. Szacunek!

    OdpowiedzUsuń